| powrót | tekst - dokument Word'a |
SEJM
W PRZEKAZIE JĘDRZEJA KITOWICZA — OPIS OBYCZAJÓW ZA
PANOWANIA AUGUSTA III
O SEJMACH
Dobry pan ze wszech miar August III był tak
nieszczęśliwy, że za jego panowania trzydziestoletniego żaden sejm nie
doszedł.
Dom
Czartoryskich, zakrawając z
daleka na detronizacją Augusta, aby zepchnąwszy go z tronu osadził na nim
swego najmilejszego Adasia, wojewody ruskiego syna (lubo mu się to nie udało),
zrywał sejmy przez subordynowane osoby, zwalając winę na króla, utyskując
na jego nieszczęśliwe panowanie, że nie masz w kraju żadnego rządu, że król
jak bałwan bez znajomości interesów publicznych o niczym nie wie, na niczym
się nie zna, że cały rząd królestwa oddał jednemu ministrowi, swojemu
ziomkowi Sasowi"; że przeto wyuzdana wolność tak daleko się rozbrykała,
że z lada pozoru odważa się targać wszystkie węzły i kluby prawa i nie
chce dopuścić, aby przez sejm stała się poprawa nieładu i niemocy krajowej.
Prawdać to jest, że król sam przez się nie
wdawał się w interesa państwa szczególnie, ale ile tylko mógł, starał się
ogólnie, żeby Rzeczpospolita z nieładu dawnego przyszła do sprawy i do
aukcji wojska. Nie wdawał się sam w układy i projekta, bo nie znał praw
polskich, ale ile tylko mógł, łaskami swymi, szafunkiem urzędów i starostw
ujmował tych wszystkich, którzy się do interesów publicznych zdatnymi być
widzieli, godząc między nimi zawiści, uśmierzając niechęci uroszczone ku
swojej osobie albo ku swemu ministrowi, bez którego jako Sas bez Sasa obejść
się nie mógł, a który też w żaden sposób interesami polskimi bez rady i
decyzji panów polskich nie tylko nie rządził, ale też bardzo gorliwie przy
swoich zdaniach szczególnych nie obstawał, ogólnie tylko około tego pracując,
żeby się panowie polscy aby na jeden sejm zgodzili i dojść mu pozwolili.
Lecz to była robota próżna tak z strony królewskiej, jak z strony ministra
jego i tych wszystkich panów polskich, którzy wraz z królem około dojścia
sejmów pracowali, bo partia Czartoryskich, radząc z nimi pospołu i układając
materie sejmowe oraz utyskując wzajemnie na nieszczęśliwość sejmów,
sekretnie obmyśliła każdemu zrywacza, który zapłacony kilkąset czerwonych
złotych sejm zerwał i uciekł z Warszawy.
Do zerwania sejmu nie zażywano osób rozumem i miłością
dobra publicznego obdarzonych, bo też tego i nie potrzeba było. Lada poseł
ciemny jak noc, utrzymany tym końcem na sejmiku posłem przez partią
Czartoryskich, nie szukając pozornych przyczyn, odezwał się w poselskiej
izbie: "Nie ma zgody na sejm!" - i to było dosyć do odebrania
wszystkim mocy sejmowania. A gdy go marszałek spytał: "Co za racja?"
- odpowiedział krótko: - "Jestem poseł, nie pozwalam" - i to
powiedziawszy usiadł jak niemy diabeł, na wszystkie prośby i nalegania innych
posłów o danie przyczyny zatamowanego sejmu nic więcej nie odpowiadając,
tylko to jedno: "Jestem poseł." A potem wymknąwszy się nieznacznie
z poselskiej izby, zaniósł do kancelarii manifest o nieważności sejmu
racjami w gabinecie Czartoryskich nataszowany [nasycony, napełniony – przyp.
B.M.] i w ułożeniu swoim całkowitym podsunięty zrywaczowi.
Przyczyny używane do zerwania sejmu bywały czasem
pozorne, jaka była natenczas, kiedy Moskwa, wojując z królem pruskim, rozpościerała
się po całej Polszcze. Zrywacze sejmu użyli pretekstu tego, iż pod bronią
obcego żołnierza wolność jest przyciśniona, a zatem sejm wolny być nie może,
więc żaden być nie powinien. Czasem bywały w cale niezgrabne i obce, na
przykład gdy w roku 1750 Rzeuski, wojewoda podolski, obmyślony ode dworu za
marszałka sejmowego, na ten koniec złożył województwo, ażeby mógł być
posłem, a zatem i marszałkiem. Partia dworowi przeciwna tego wynalazku
transubstancjacji senatora w szlachcica, acz niezwyczajnego, ale nic dobru
publicznemu nieszkodliwego, użyta za przyczynę do zerwania sejmu; który z tej
jedynie przyczyny manifestem został oskarżony za nieważny. Z podobnejż
przyczyny w r. 1762 sejm zerwany został, że ziemi warszawskiej stanął posłem
na sejm syn grafa Brylla, ministra saskiego, który nie był szlachcicem polskim
przez konstytucją; prawda, że nie był, ale za takiego uznanym był przez
dekreta trybunalskie i jako szlachcic polski z Bryllów z Ocieszyna pochodzący
wziął starostwo warszawskie; co większa, przysięgał na niego przed
Poniatowskim, wojewodą natenczas mazowieckim, ojcem Stanisława Augusta króla,
bez żadnej od kogożkolwiek kontradykcji. Miany był za polskiego szlachcica
przez lat kilkanaście. Takich i tym podobnych przyczyn zażywali Polacy do
zrywania sejmów.
Gdy zaś jednego roku panowie polscy z królem uwzięli
się koniecznie zrobić sejm aby jeden, i już mu partie obiedwie dojście poślubiły,
niesnaski wszelkie spomiędzy siebie dla dobra publicznego wygnawszy, zgoła gdy
wszyscy szczerym i niezmyślonym sercem na oko sejmu pożądać zdawali się, a
to było w roku 1746, najprzód zgodnymi głosami do laski marszałkowskiej
zaproszonym został Lubomirski, starosta kazimierski, wielki jąkała w
potocznej, a czysty krasomówca bez zająknienia w publicznej mowie; potem rugi
uspokojone, materia aukcji wojska do 60 tysięcy uchwalona, płaca dla niego
obmyślona, co wszystko w czasie sejmowi opisanym sześcioniedzielnym szło pięknie
i nieprzerwanie. W ostatni dzień, gdy już więcej nie pozostawało do
czynienia, tylko przeczytać całe dzieło i podpisać, posłowie rozmaici poczęli
jeden po drugim w prywatnych materiach zabierać głosy tak długo, aż się
dobrze zmierszchło, gdzie już ani czytać, ani pisać nie możno było. Darmo
marszałek prosił i wiele innych prosiło tych ichmościów oratorów, aby te
prywatne żądania swoje do innego sejmu odłożyli, a teraźniejszemu dziełu
zbawiennemu, długo pożądanemu, wziąć ważność swoję przez podpisy nie
przeszkadzali; lecz tych próśb nie słuchano (bo już tym sposobem zepsuć
sejm familia Czartoryskich postanowiła); póty perorowali, póki się dobrze
nie ściemniało. Gdy już było należycie ciemno, perory się skończyły;
marszałek tedy, ucieszony nadzieją dokończenia szczęśliwego, zawołał, aby
przyniesiono świce. Lecz te i pochodnie po kilka razy przynoszone, z okrzykiem
wielkim, iż się przy świecach sejmować nie godzi, za każdym razem we
drzwiach izby poselskiej przez nasadzonych na to chustkami, czapkami i rękami
były zagaszone. Siedział marszałek z posłami w ciemności do dziesiątej
godziny, tentując co raz po jednym zgaszeniu innego światła; na ostatek widząc,
że ta rzecz nie pochodzi od swawoli motłochu służebnego (jak zrazu
rozumiano), ale jest ułożonym z góry sposobem na zepsucie sejmu, pożegnał i
rozpuścił izbę, długą i wielce tchliwą mowę zakończywszy tymi słowy:
"A kto temu okazją, stet diabolus a degtris eius." [Niech przy
śmierci stanie diabeł po prawicy tego, kto jest okazją... – przyp. B.M]
Ten jeden tylko był sejm, który się ciągnął
przez cały czas swój i skończył się, zostawszy niczym, bez manifestu. Inne
sejmy czasem bywały zrywane wkrótce po obraniu marszałka, czasem i przed
obraniem jego. Niektóre też wlekły się po dwie i trzy niedziele, mianowicie
następujący w Grodnie po świczkowym warszawskim, gdzie winę zerwania sejmu
na króla pruskiego Fryderyka II składano, który na ten koniec kilku posłów
przekupił. Z tych jeden, Rogaliński, sędzia ziemski wschowski, poseł
wielkopolski, wziąwszy w nocy kilkaset czerwonych złotych od króla pruskiego,
nazajutrz publicznie w izbie zabrawszy głos wyjawił jego przekupstwo i na
dokument rzucił na środek izby z kieską wzięte pieniądze mianując i
drugich, którzy pobrali, i prosząc ich, aby toż samo, co on uczynił,
uczynili. Lecz miasto tego heroizmu powstała wielka wrzawa w izbie proszących
o sąd na Rogalińskiego jakoby za kalumnią. Żwawe z tej i z owej strony
utarczki, do tumultu bliskie, rozerwał marszałek solwowaniem sesji. A
nazajutrz pokazał się manifest od trzecich osób uczyniony o nieważność
sejmu. I tak, czy to była prawda, co Rogaliński zadał, czy sztuka na zepsucie
sejmu, zostało uduszone i sejm z takiej racji zerwany.
Mówiono atoli i wtenczas, że król pruski nie
wiedziałby, do kogo się udać z między posłów z swoimi pieniędzmi, gdyby
nie był od magnatów informowany. I posłowie na takową zbrodnią, jaką było
zrywanie sejmu, nigdy by się nie odważyli dla postronnej fakcji, gdyby
wiedzieli, że wszyscy a wszyscy magnaci sejmu pragną; gdyż w takowym razie
zrywacz sejmu, nie mający protektora, byłby nie puszczony z miejsca obrady i Bóg
wie jak prześladowany i batogami zbity i zabity na śmierć, tak jak się
wielom szlachcie trafiało, którzy się pańskim interesom sprzeciwiali; nicht
by się nie ujął za jego zgubą, a choćby się jaki drugi chudeusz ujął,
toby nic nie wskórał. Gdy zaś względem sejmów dochodzenia i niedochodzenia
partie dworska z Czartoryskimi były rozdwojone, trudno było ścigać albo prześladować
w jaki sposób ostry sejmu zrywacza, mającego pewną i mocną protekcją magnatów
pod pozorem obrony wolności, bo to było hasłem powszechnym, a na tym
zasadzali wolność, że szlachcic na sejmiku a poseł na sejmie z głosu swego
nikomu sprawiać się nie powinien.
Wolno tedy było zrywać sejmiki i sejmy bezkarnie.
I daleko było bezpieczniej zerwać sejm niżeli sejmik, bo sejm, jako z wyboru
osób złożony, zachowywał cożkolwiek skromności (wyjąwszy dwa ostatnie:
jeden na dwa roki przed śmiercią królewską, drugi konwokacyjny po jego śmierci,
na których się do szabel porwano). Sejmiki zaś pospolicie odprawiane
tumultem, przemocą i po pijanu, nieraz zrywającego, a nawet i przeczącego większemu
zdaniu na szablach rozniosły, chyba że z dobranymi pomocnikami dopadł do
kancelarii, podpisał manifest i nim się za nim z koła sejmikowego drużyna
pijana wysypała, zdążył uciec z miejsca sejmiku. Wtenczas dopiero,
obaczywszy manifest, wszyscy jednostajnie osądzili, że nie możno dalej
sejmikować bez zgwałcenia prawa wolnego "nie pozwalam", które
pospolicie nazywano pupilla libertatis, źrenica wolności. A jeżeli
kontradycenta doszli, zrąbali lub też na śmierć zabili, nim zaniósł
manifest, to pupilla libertatis miana była za zdrową i tatą, choć
szablami pokrajana albo z okiem ze łba wycięta.
Jako do zerwania sejmu nie szukali mocnych
przyczyn, tak tym mniej dbali o nie do zatamowania na jaki czas obrad albo jak
natenczas makaronizmami łacińskimi sadzić było w modzie, do zatamowania
izbie activitatem. Na jednym sejmie w roku 1758 Dylewski, poseł
starodubowski, przez całe trzy dni trzymał izbę w takowym zatamowaniu za to
szczególnie, że go pijarowie przez niewiadomość w kalendarzyku politycznym
posłem nie wydrukowali, właśnie jakby staranie o kalendarzyków drukowaniu i
ich nieomylności do Rzeczypospolitej należało. I nie dał się żadnymi prośbami
osób najgodniejszych ubłagać, aże we wszystkich kalendarzykach jeszcze w
drukarni będących omyłkę poprawiono i tak poprawiony kalendarzyk z najniższą
deprekacją ks. rektor pijarski w sutej oprawie jemu ofiarował; dopiero się
uspokoił i activitatem wrócił izbie. Koneksja drukarni pijarskiej do
Rzeczypospolitej była takowa: pijarowie swoją drukarnią podług przywileju
mianowali Drukarnią JKMci i Rzeczypospolitej, więc pan Dylewski connexe albo
stosownie rzeczy biorąc, słusznie karał Rzecząpospolitą jako panią za winę
jej sługi drukarni. Bo i to trzeba wiedzieć, że podług dawnego prawa musiał
odpowiadać pan za występek sługi, tę też racją dawał pan Dylewski do
zatamowania activitatis.
Drugi, Franciszek Czarnecki, cześnik i poseł wołyński
na sejmie w roku 1746, zatamował activitatem izbie poselskiej przez dwa
dni, że Wielkopolanie podali projekt do porównania podatków, chcąc, aby
województwa ruskie takież podatki płaciły, jako i inne. Czego że przedtem
nie płaciły, dlatego Czarnecki na nic pozwolić nie chciał, lecz temu
starostwem rudzińskim prędko gębę zatkano. Takie tamowania activitatis całej
izbie często się zdarzały; nawet gdy poseł, mówiący nieostrożnie, jakie słowo
przeciw drugiemu uraźliwe powiedział, urażony natychmiast mścił się na całej
izbie. Więc schodzili się do niego tam, gdzie on siedział, marszałek, posłowie,
a na czas i delegowani z senatu, prosząc o przywrócenie activitatis;
dopiero ten nadąsawszy się i nasapawszy do woli, nasycony prośbami i ukłonami,
wracał activitatem. Toż dopiero dzięki w mowach owemu imci, który się
zmiłował nad ojczyzną i przywrócił jej obrady, miasto tego, co by on był
powinien, na kolanach czołgając się od jednego do drugiego posła, przepraszać
wszystkich za zmarnowanie złośliwe i głupie drogiego czasu. To tylko jedno
wymawiać każdego takiego mogło, że ponieważ sejmy wszystkie na zerwanie były
przeznaczone, zatem na jedno wyszedł czas: czy był dobrze, czy źle, czy na
obradach, czy na próżnościach strawiony.
A gdy takim sposobem nie było żadnego pożytku z
sejmów, przyszły też nareszcie do takiej pogardy, że arbitrowie, siedzący
wysoko na ławkach, ciskali jabłkami i gruszkami twardymi na posłów perorujących,
osobliwie gdy który prawił co lada jako. Trafiony w łeb, a jeszcze według
mody panującej natenczas wygolony jak kolano, poseł wołał na marszałka:
"Protestor, mci panie marszałku, o zniewagę charakterowi memu poselskiemu
od arbitra uczynioną" - pokazując takowej zniewagi jawny i
oczywisty dowód, świeży guz na czele lub pod okiem siniec. Marszałek w samej
rzeczy i wszyscy posłowie uznawali w tym rzucaniu obrazę majestatu
Rzeczypospolitej, nie tylko głowy jmpana posła, dopraszali się na marszałku,
aby takową swawolą arbitra przykładnie ukarał i od dalszych afrontów
arbitrowskich osoby poselskie obronił. Lecz to sztuka była do dokazania
niepodobna, żeby było można wyśledzić swawolnika, który w tłoku i w natężeniu
wszystkich na prawiącego posła przez trzeci rząd siedzących rzuciwszy
pocisk, siedział jak trusia. A choć też i postrzegł kto, to dla rozrywki, którą
stąd wszyscy mieli, nie oskarżył ani nie wskazał. Zatem marszałek,
nabiegawszy się po kole poselskim i nagroziwszy wszem wobec i każdemu z osobna
tak płochemu najsurowszymi karami, gdy od nikogo żadnej nie wziął odpowiedzi
ani śladu o winowajcy, zbył tym szarpiącego się z guzem posła: "Znajdź
w.pan, kto w.pana uderzył, a obaczysz jego przykładne ukaranie" - a
ponieważ ta kondycja była tak trudna posłowi, jako i marszałkowi, za czym
musiał się uspokoić. Z tego był ten pożytek, iż poczęstowany tak poseł
więcej się nie odezwał przez obawę nowego guza i wstydu z nim złączonego.
Tym zaś, którzy gładko i do rzeczy perorowali, taka się zniewaga nie trafiała.
Arbitrowie, prócz ciskania na posłów, jeszcze
innym sposobem przerywali posłom mowy, kiedy spychając jeden drugiego z ławy,
a spadający chwytając się siedzących, razem kilku na ziemię spadło, z
czego śmiech powszechny przerywał obrady. Taka była płochość w izbie
poselskiej.
Sesje sejmowe pospolicie zaczynały się o godzinie
dziesiątej lub jedenastej przed południem i trwały wciąż do godziny ósmej,
a na czas dziewiątej i dziesiątej wieczornej; dla czego kto z arbitrów chciał
się znajdować na całej sesji; a bywało takich wielu, którzy bez przerwy
diariusze pisali, musiał się wprzód wyczyścić dobrze z odchodów
przyrodzonych, nim w izbie zasiadł; ledwo bowiem kto podniósł się z miejsca,
wnet inszy, stojący przy nim i czekający na wakans, podsiadł go, albo ci, którzy
siedzieli ciasno jak w prasie, miejscem tym opuszczonym nadstawili sobie
wygodniejszego siedzenia; i to były przygody ustawiczne. Dla czego, kto chciał
wygodnie siedząc atentować całej sesji, nie musiał wychodzić.
Posłowie dla potrzeb przyrodzonych mieli blisko
poselskiej izby miejsce do tego wygodne. Jeżeli zaś kto z arbitrów miejsce
poselskie zasiadł pod jego nieprzytomność, co się prędko trafiło (ponieważ
i arbitrowie dystyngwowani tłoczyli się między posłów i siedziało to gdyby
śledzie w beczce), tedy za powrotem posła musiał mu miejsce oddać. Druga
nieprzyzwoitość była między posłami - piwo butelkowe, wtenczas będące w
guście, musujące tak jak angielskie albo też w samej rzeczy angielskie. Posłowie
po dobrych śniadaniach naturalnie cierpieli pragnienie; nie chcąc wychodzić z
koła dla doku zawsze panującego, kazali sobie przynieść owego piwa; to w ręku
niesprawnego służalca albo też filuta otworzone, z butelki musując gdyby z
sikawki po głowach i sukniach jakiego takiego, poruszyło bliskich do ucieczki,
a stąd do zamięszania i śmiechu całej izby, z przerwaniem nieraz mowy
oratora, mianowicie kiedy filut hajduk, trzymając w jednej ręce szklankę, w
drugiej butelkę, jakoby nie mając sposobu do zatkania, z umysłu tam z nią
uciekał, gdzie było ciaśniej.
Arbitrowie dla miejsca przychodzili na sesją o
godzinie siódmej rannej, z naładowaną kiszką przychodzić tam i zostawać aż
do wieczoru nie było bezpieczne dla stracenia miejsca wygodnego (jako się wyżej
rzekło), więc głód dokuczał po trosze arbitrom; ale możno go było uspokoić
wziąwszy z sobą jaki delikatny posiłek do kieszeni albo też kupiwszy go
sobie w izbie poselskiej, w której nieprzestannie przedający przekupniowie i
przekupki, chłopcy i dziewczęta obnosili dokoła ,ławek rozmaite frukta,
ciastka i cukierki; sami nawet posłowie, zwoławszy przedającego lub przedającą
do koła, te fraszki kupowali i jedli, mianowicie posłowie młodzi i w czasy
gorące sejmów ekstraordynaryjnych, latem zazwyczaj składanych.
Póki trwała sesja w izbie poselskiej, póty
siedzieli i senatorowie w senacie z królem, który zazwyczaj aż do obrania
marszałka dosiadywał do końca; po obraniu marszałka przyjechawszy co dzień
na sesją i posiedziawszy godzinę jednę i drugą, gdy nie było żadnej
materii w izbie poselskiej skonkludowanej, odjeżdżał do swego pałacu, będąc
gotowym powrócić zaraz do senatu, skoroby izba poselska do złączenia się z
senatorską przychodziła. Co się trafiało, czyli należało z prawa: najprzód
po obraniu marszałka, potem za każdą materią w izbie poselskiej skonkludowaną.
Ceremoniał łączenia się izby poselskiej z
senatorską był takowy: najprzód obrawszy marszałka posłowie i toż samo
ubiwszy jaką materią, wyprawiali spomiędzy siebie po dwóch lub po czterech
posłów z każdej prowincji z doniesieniem królowi JMci i senatowi o rzeczy,
która się stała. Posłowie, przyszedłszy do senatu, meldowali się marszałkowi
wielkiemu koronnemu, z czym przyszli; marszałek wielki oznajmił to całemu
senatowi, król z senatem kazał posłów prosić do środka, co marszałek w
kilku słowach uczynił. Delegowani, stanąwszy w izbie senatorskiej, przez
jednego spomiędzy siebie wybranego oznajmili senatowi przyczynę przyńścia
swego; po skończonej mowie delegata kanclerz wielki koronny od tronu, a marszałek
wielki koronny od całego senatu odpowiedzieli delegowanym ukontentowanie swoje
z tak pożądanej nowiny. I zaraz kanclerz wielki koronny imieniem królewskim
mianował senatorów po dwóch z każdej prowincji do izby poselskiej, zapraszając
jej, ażeby się z senatem złączyła.
Za złączeniem izby poselskiej z senatorską
marszałek sejmowy miał mowę do króla i senatu, oznajmując o swoim wybraniu
do laski, dokładając w tym oznajmieniu usilność chęci swoich, iż będzie
chciał ze wszystkich sił swoich pracować około dobra publicznego wraz z
godnymi kolegami swymi. Kanclerz wielki koronny, imieniem królewskim
wysadziwszy się na pochwały jak najokazalsze marszałka sejmowego i wszystkich
posłów, zaprosił wszystkich do pocałowania ręki królewskiej; po skończonym
ucałowaniu wracali się posłowie do swojej izby. I taki ceremoniał był
zawsze, wiele razy izba poselska łączyła się z senatorską, czy to po
obraniu marszałka, czy po innej jakiej materii skonkludowanej, jako się wyżej
rzekło.
Ani król, ani senat nie mieli vocem activam,
dlatego w izbie senatorskiej żadnych ustaw nie pisano; całe prawodawstwo,
zostając w stanie rycerskim jedynym, w izbie poselskiej swój plac miało.
Gdzie po prawej ręce wejścia do izby poselskiej stał, na boku koła
poselskiego, stolik mały, kratą drewnianą w czworogran ścienny otoczony dla
tłoku zabronienia, przy tym stoliku zasiadał sekretarz sejmowy i delegowani do
zapisowania konstytucji, nad nimi zaś wyżej trochę, w pół osoby, była ławka,
miejsce ordynaryjne
posłów ziemi wieluńskiej. Ta prerogatywa dostała
się za to Wielunianom, że raz (podług tradycji) dostrzegli fałszu w
konstytucją mimo wolą sejmujących wpisanego i o tym ostrzegli izbę, za co w
nadgrodę otrzymali na wieczne czasy to miejsce górujące nad piszącymi
konstytucją; nie było albowiem natenczas w modzie drukować projektów ani
nawet pisać, wszystko się głosem robiło; a co się zrobiło, to publiczne pióro
sejmowe zapisowało. Dlatego łatwo się przewrotność w ustawę sejmową zakraść
mogła, gdy tego, co czytał sekretarz, nie każdy mógł dosłyszeć przy
wrzawie i szemraniu; czytanie zaś przez każdego posła napisanej konstytucji
wiele by było zabierało czasu i uwłaczałoby wierności przysięgą zaręczonej
delegowanym.
W senacie nad przyniesioną konstytucją jeżeli który
senator albo minister czynił jaką refleksją, to tylko w sposobie radzącym, i
to zwało się mówić passive, a najwłaściwiej zwać by się powinno
praecative, czyli prośbownie, bo senator inaczej mowy swojej nie mógł
konkludować, tylko prośbą izby poselskiej, ażeby to, co mu się zdawało być
krzywo postanowionym, poprawić raczyła. I gdy takie prośby były od tronu i
wielu senatorów popierane, czasem skutek wzięły, czasem nie, ponieważ
wszystkie ustawy od jednostajnej zgody posłów zawistały; przeto, gdy choć
jeden sprzeciwił się poprawie, musiało tak zostać, co było uchwalone, jak
było pierwszy raz za zgodą wszystkich napisane.
Jeżeli się sejm ciągnął, jakoż bywało, że
się ciągnął i kilka niedziel, nim został zerwany, tedy po zagajeniu albo
raczej po wniesieniu materii sejmowej, gdy ta została przyjęta od całej izby
poselskiej, rozchodzili się posłowie na sesje prowincjonalne, a tymczasem sejm
in pleno był zalimitowany do dni umówionych, pospolicie trzech lub
czterech. W te dnie król z senatorską izbą miał spoczynek. Lecz senatorowie,
interesujący się do materii wniesionej, końcem utrzymania onej lub zepsucia
nie zaniedbali bywać na sesjach prowincjonalnych, przebiegając z jednej
prowincji do drugiej. I lubo sami nie mogli tam nic poczynać active, tak
jako i na sejmie, przez przyjaciół atoli rady, szepty, obietnice i
poduszczenia zmacniali albo psuli interes publiczny.
Te sesje prowincjonalne odprawiały się po
klasztorach, pospolicie u dominikanów-dyspensatów, bernardynów, kapucynów,
reformatów, karmelitów bosych, z przyczyny obszerniejszych w nich niż w
innych refektarzów, bibliotek i innych oficyn. Po odbytych sesjach
prowincjonalnych na dzień limicie naznaczony zjeżdżali się znowu posłowie
na zamek do poselskiej izby, gdzie materie na sesjach prowincjonalnych ułożone
in pleno roztrząsali i konkludowali. A jeżeli się układ jednej
prowincji przyniesiony nie podobał drugim prowincjom i został odrzucony, to
taką materią w izbie poselskiej na inną modę przerabiano. Tak postępowano
za każdą materią.
Trzeci i najmocniejszy bywał zjazd u tych panów,
którzy trząsali Rzecząpospolitą i od których partiami dependowali posłowie;
jak tu uradzono, tak było i na sesji prowincjonalnej, i w poselskiej izbie.
Partia dworska i partia Czartoryskich były to dwie strony, na które dzieliła
się cała Rzeczpospolita.
Jeżeli się znajdował który poseł
nieinteresowany do żadnej przez swoją podczciwość albo też małoważność,
to wolał odpocząć sobie wtenczas w stancji lub jakiej zażyć rozrywki niż w
zgiełku obrad, po całych nocach trwających, pocić się nad rzeczą, która
na niczym przez zerwanie sejmu skończyć się miała.
Może sobie w tym miejscu pomyśleć Czytelnik: jeżelić
każdy sejm koniecznie zerwanym zostać musiał, na co się przydało tak
pracować około niego? Odpowiadam: partia dworska, mając chęć i nadzieję
utrzymania aby jednego sejmu, szczerze i z całych sił swoich około niego
pracowali. Partia zaś Czartoryskich przeznaczywszy go do zerwania, ale żeby się
z tym nie wydała, przekupiwszy i nająwszy już jednego pewnego zrywacza lub
czasem kilku, z resztą przyjaciół swoich, zdrady niewiadomych, robiła to
wszystko, co dworska partia; znosiła się z nią, podawała jak najlepsze
projekta, upartych posłów godziła i ujmowała i po zerwaniu sejmu zarówno z
partią dworską nad losem nieszczęśliwym ojczyzny ubolewała. Jakże się
tedy złość jej wydała? Oto tak, że wiele razy chciano ścigać posła
zrywającego sejm jako zdrajcę ojczyzny i przymusić go, aby dał przyczynę
postępku swego, zawsze się z strony Czartoryskich takiemu żądaniu
sprzeciwiono i żwawie oparto pod pozorem, iżby takowe poda ściganie byłoby
gwałtem wolności.
O SENATUS KONSYLIACH
Po każdym zerwanym sejmie następowało senatus
consilium, na którym obmyślano materie do przyszłego sejmu, przyjmowano
posłów zagranicznych, najczęściej tureckiego i tatarskiego, i dawano
inwestyturę książętom kurlandzkim; także przez senatus consilium
nominowano senatorów, którzy mieli zostać przy boku królewskim, sędziów
pogranicznych i jednego z biskupów na prezydenta do komisji radomskiej. Trwało
senatus consilium dni pięć; król zawsze na nim zasiadał. Dobry ten
monarcha czynił wszystko z siebie, co tylko był powinien; nawet gdy czasem
wypadła jaka pilna potrzeba rady senatu, zjeżdżał na nią aż z Saksonii,
czasem do Warszawy, czasem tylko do Wschowy, skąd, odbywszy radę senatorską,
wracał się do Saksonii, w której pospolicie mięszkał, wyjąwszy te czasy,
kiedy przypadały sejmy, na które wcześnie zjechawszy do Warszawy, mięszkał
w niej najkrócej ćwierć roku.
Tekst źródłowy — Ćwiczenia z Historii ustroju Polski — SEJM W PRZEKAZIE JĘDRZEJA KITOWICZA — OPIS OBYCZAJÓW ZA PANOWANIA AUGUSTA III — materiały do zajęć grup B. Migdy [oprac. Bartłomiej Migda]